wtorek, 28 listopada 2017

Po co komu mąż?

Mój pierwszy mąż miał na imię Tomek. Miałam 10 lat. A Tomek był niewidzialny. Potem miałam męża Kamila, przez kilka godzin, na obozie w Rajgrodzie. Potem długo nie miałam męża, aż do 30 września tegoż roku. I teraz już mam takiego prawdziwego męża.

1.
Bo ja zawsze chciałam mieć męża. Taka ze mnie matrymonialna tradycjonalistka. Mąż to jest poważna sprawa. Poważniejsza niż chłopak, mniej nowoczesna niż partner i zdecydowanie nie tak patologiczna jak (o zgrozo!) konkubent. To takie proste: "skarpety męża", nie "skarpety chłopaka", albo co gorsza "skarpety konkubenta" (czy ktoś w ogóle tak mówi?!). Skarpety męża mają swoje prawa, są legalne, zakorzenione w środowisku, a nie że raz są, raz ich nie ma. Są zawsze, nigdy Cię nie zaskoczą i nigdy nie opuszczą.

No dobra, ale po co taki mąż? 

Po pierwsze, mąż zawsze i wszędzie będzie służył złotą radą.

Późna noc, ciąża, łóżko:

On: Dlaczego nie śpisz?
Ja: Bo nie mogę.
On: To zamknij oczy.
Ja: ...
On: Spróbuj zasnąć.

Wow! Bez tej rady nie wiedziała co robić. Do tej pory nie próbowałam ani razu, przysięgam! Lubię leżeć i patrzeć na nocny sufit.

Po drugie, mąż to taki chodzący kalendarz, z dużą ilością pamięci wewnętrznej.

Poniedziałek:
Ja: W sobotę jedziemy do babci na imieniny.
On: Ooookej.

Środa:
Ja: Pamiętasz o tych imieninach babci w sobotę?
On: No jasne!

Piątek:
Ja: Idę kupić prezent dla babci, na te imieniny, co to na nie jutro jedziemy.
On: Ooookej.

Sobota:
On: To jaki mamy na dziś plan?
Ja: No przecież babci imieniny...
On: Tak?! Rany, nic nie mówiłaś!


Po trzecie, mąż zawsze wie wcześniej.

Ja: Może kupimy nową komodę?
On: Nową komodę? Raaany, po co Ci nowa komoda? Stara też jest dobra. Bez sensu kupować nową komodę... (jeszcze więcej jęczenia).

Kupiliśmy nową komodę. (to chyba oczywiste)

Ja: No fajnie z tą komodą!
On: No pewnie! Ja od początku mówiłem, że trzeba kupić nową komodę.


Także jak widać, mąż się przydaje. Bez dwóch zdań. 

2.

3.

Życie bez mojego męża, nie byłoby tym samym życiem.

Tylko on potrafi zrobić takie mielone, że mogę je jeść tydzień. I rosół, z cebulą opalaną nad ogniem na balkonie, bo na indukcji opalić nidyrydy. I pastę jajeczną. I kapuśniak też! I Herbatkę taką z miodem i cytryną.
Ten człowiek, z cierpliwością mistrza Yody zniósł pełne 9 miesięcy hankowej ciąży. Jeździł po rurki z kremem o 22:00, obejrzał ze mną żenujący serial dla dziewczynek i masował mi plecy w trakcie oglądania tegoż żałosnego serialu, oddawał mi swoje kanapki z kiełbasą i tamował lawiny łez wzruszenia, kiedy na ekranie pojawiało się dziecko/mały kotek/starszy człowiek/ładne wnętrze. Był ze mną przy porodzie, podczas którego obiecał mi tony sera pleśniowego z tatarem i tylko dzięki tej fali motywacji, wydałam w końcu na świat różową Hankę.

Rozumie moje idiotyczne poczucie humoru i nawet go ono bawi! Tylko z nim mogę się dusić ze śmiechu w ciemnościach sypialni, kiedy znowu przyjdzie mu wygłosić jakąś złotą radę na temat zasypiania.

Tylko on, szczegółowo opowie mi przez telefon, co nacisnąć pod maską samochodu, żeby ten w końcu zapalił. I nawet kiedy dwa razy, w ciągu tego samego tygodnia, na tym samym parkingu, przytrę samochodem o ścianę, to zezłości się tylko troszeczkę.

Tylko z nim mogę się urwać na obiad do Wrocławia samolotem, bo bilety były za 19 zł. i bo sobota była wolna.

Jest cudownym tatą, fantastycznym mężem i bardzo dobrym człowiekiem. Motywuje, wspiera, dba i kocha.

Mójcion!

4.

5.

6.

I mam nadzieję, że przez długie długie lata, będziemy tak iść razem w jednym kierunku. Że wszystkie te cudowne życzenia, które dostaliśmy w dniu ślubu nam się ziszczą. I mimo, że w wielu aspektach się różnimy, to mamy te same cele, marzenia, ten sam plan na życie i wzajemną miłość. 


7.

8.

Zdjęcia dzięki uprzejmości:
@KlaraTruPhotography 1. 3. 5. 7. 8.
@RafałCzerwinskifotografie 4. 6.
@belekiolek 2.


sobota, 21 października 2017

Haniamoon, czyli podróż poślubna z dzidzią

Zwyczajowo powinno być tak, że w podróż poślubną to jedzie się robić dzidzię. Ale kiedy w podróż poślubną jedzie się z dzidzią, to się robi wszystko, żeby ta dzidzia spała. Ot, refleksja taka mnie naszła przy okazji Naszej podróży na Zakynthos.



Pozwolę sobie, na potrzeby poniższego tekstu, podzielić podróżujących na dzidziowych i bezdzidziowych. W sensie podróżnym oczywiście, nie życiowym. Bo ileż pecha miała para siedząca w samolocie obok nas, która tuż po zajęciu miejsc opowiedziała radośnie, jak to się pierwszy raz wyrwali bez dzieci, żeby zaznać trochę spokoju. Musieli srogo podpaść facetowi na lotnisku, bo posadził ich centralnie pomiędzy czwórką kilkumiesięcznych potworów. To tak żeby nie smutali z tęsknoty za bardzo. 

Pierwszą różnicę widać tuż po wylądowaniu. Bezdzidziowi rześkim krokiem (wszak pospali sobie w samolocie) pędzą zająć strategiczne miejsce przy taśmie bagażowej. Są zadowoleni, zrelaksowani, może nawet otworzyli już paczuszki ze strefy wolnocłowej. Dzidziowi szarpią się z wózkami, jedną ręką trzymają wyrywającą się latorośl, drugą ręką szarpią się z rozkładaniem wózka, trzecią podnoszą z ziemi zabawki, czwartą próbują doprowadzić się do porządku, piątą łapią bagaże z taśmy, szóstą wyjmują latorośli z buzi to, co do buzi trafić nigdy nie powinno, siódmą... I nie mają paczuszek ze sklepu wolnocłowego, ponieważ czas na lotnisku spędzi w pokoju rodzinnym.

Bezdzidziowi są ładni. Wizualnie jak wsiedli, tak wysiadają. Ewentualnie małe odgniecenie od zagłówka podczas snu. Dzidziowi wyglądają jak po przeżuciu, wypluciu, ponownym przeżuciu i jeszcze raz wypluciu. Urodzeni farciarze są tylko mniej lub bardziej oślinieni, reszta, która ma w życiu mniej szczęścia, jest zarzygana. Włos rozwiany, odzienie pogniecione i upaćkane substancjami nieznanego pochodzenia.

Przygotowałam kilka złotych rad i przemyśleń, gdyby przyszło Wam do głowy z dzidzią gdzieś polecieć:

1. Jeśli nie masz sześciu rąk, poważnie rozważ czy w ogóle chcesz lecieć.
2. Nie ubieraj się ładnie. Nawet nie ubieraj się porządnie. Czesanie również możesz darować.
3. Najlepszą zabawką dla dzidzi jest torba chorobowa, wyszarpana własnoręcznie z kieszeni fotela przed Tobą.
4. Dzidzia może zjeść kawałek tejże torby i nadal będzie żyła w zdrowiu. Czyli torba nie jest taka do końca chorobowa.
5. Jeśli jakaś zabawka nie dotknęła samolotowej podłogi to znaczy, że prawdopodobnie nie została w ogóle wyjęta z torby. 
6. Cierpliwość pasażerów siedzących z tyłu, podnoszących spadający pod fotel gryzak kończy się po czterech razach. 
7. Jeśli myślisz, że Twoja dzidzia będzie w samolocie spała, to nie będzie. Jeśli myślisz, że nie będzie, to będzie.

I dalej, do hotelu.
Opcja olinkluziw. Restauracja, bilard, tyle dobra. Bar czynny do północy. Oczekiwania: noc jest nasza, bar jest nasz, basen jest nasz i biały ranek też jest nasz! Juhu! Rzeczywistość: zasypiamy o godzinie 20:00 gdzieś pomiędzy gumową żyrafą a grającym kwiatkiem, nie do końca nawet przebrani w piżamki. Łóżko jest nasze. Juhu.

Muszę tu jeszcze dokonać podziału hotelowych gości dzidziowych na mobilnych i niemobilnych. Niemobilni, czyli tacy których dzidzia jeszcze samodzielnie się nie przemieszcza (to my!) mają tak zwane hajla-bajla, druga grupa... ma przerąbane. To jest walka o życie, o jedzenie, o środowisko naturalne, o dobre imię, honor i demokrację. To po prostu walka.

I znowu garść refleksji:

1. Nie bądź pipa, nie zapomnij elektronicznej niani. 
2. W wersji na bogato możesz zabrać ulubioną babcię, ale to z zasady jest bardziej kłopotliwe niż niania.
3. Wybieraj takie pory posiłków, żeby w restauracji było dużo dzidź. Im więcej dzidź się drze, tym mniej słychać Twoją.
4. Pamiętaj, że obrus nie jest na stałe przymocowany do stołu i dzidziołapka znajdzie sposób, żeby go ściągnąć.
5. Jeśli masz mobiną dzidzię, zabierz jakąś formę więzienia dla niej.
6. Jeśli planujesz aktywny wypoczynek z opcją głodówki, nie zabieraj więzienia. Efekt masz gwarantowany. 




Ale nie narzekam, żeby nie było, że się babie we łbie poprzewracało. Było nawet lepiej niż myślałam, za co z tego miejsca chciałabym córce mojej serdecznie podziękować. Ale na wypadek, gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał... no nie ma się co spodziewać romantycznych uniesień, spacerów przy blasku księżyca i takich tam bajerów, co się z podróżą poślubną kojarzą. Ale jest jest wspólnie spędzony, bezcenny, rodzinny czas. Są małe stopki pierwszy raz zanurzone w morzu, mała rączka po raz pierwszy dotykająca piasku, mała buźka pierwszy raz jedząca arbuza. Jest wolniej, jest wszędzie razem, jest ciągle dużo miejsca na miłość. Warto :)





czwartek, 21 września 2017

Po co matce mózg?

W myśl znanej zasady, że nieużywany organ zanika, albo tej drugiej, bardziej praktycznej, że jeśli przez rok czegoś nie użyłeś, to już nie użyjesz, nie widzę swojej umysłowej przyszłości w świetlanych barwach. I buty na obcasie też średnio wypadają, jeśliby je rozważać z tej perspektywy.

No bo jest sobie taka ja, matka taka. Kiedyś, kiedy matką jeszcze nie była, to uczestniczyła w jakiejś kulturze, w wydarzeniach jakichś czy nawet eventach, bo bardziej międzynarodowo brzmią. Zaznawała rozrywek mniej lub bardziej wyszukanych. Książki czytała w dużych ilościach. O świecie coś wiedziała. Jadła sushi, piła latte, coś nawet w obcych językach umiała powiedzieć, a i centrum stolicy nie raz i nie dwa razy w tygodniu widziała. I ubrana była ładnie. Żakiet jakiś, bluzka z kołnierzykiem i stanik z koronką. Obcas czasem. Pomalowana była. Oko tuszem przeciągnięte, a na poliku podkład. Być może też, gdzieś na dnie jej serca, tliła się ambicja.

I co się stało? I stało się dziecko. I jakichże to eventów aktualnie jako matka zaznaję? No do Pepco chodzę. Do Rossmana chodzę. Ale tylko do jednego, bo w drugim jest marny wybór pieluch i chusteczek nawilżanych, także sorka, jakieś standardy jednak muszą być zachowane. Jak już coś czytam to najczęściej są to artykuły typu „Jak zblendować indyka z marchewką, żeby dziecko się nie zadławiło”, „Pierwsze objawy ząbkowania” oraz „Kolor kupy jako wyznacznik zdrowia niemowlęcia”. Nie jem sushi, tylko rybę z kapuchą i ziemniorem. Nie pijam latte, tylko coś, co mi się sypnie ze słoika, ja to zaleję niekoniecznie już wrzątkiem i chlapnę w to mleko. W obcych językach się w sumie dogaduję, bo Hanka mówi „babuba” „brrruppprrup” „ajjjiiiiga” i jeszcze kilka zwrotów zna. Ja też znam, więc się dogadujemy. A jak pojechałam do stolicy, to się okazało, że zniknęła Rotunda i budynek za nią. Szczęście, że się z nikim pod tą Rotundą nie umówiłam. A i z tym ubiorem i wyglądem to jest rozkrok. Bo z jednej strony wiadomo, że skoro spędzam 90% czasu z dzieckiem w domu, a dziecko takie do najczystszych istot nie należy, szczególnie kiedy mówi „brrruppprrup” z paszczą pełną marchewkowej papki (bo na szczęście wyczytałam, jak to zblenować), a i za bardzo starań nie doceni, to po co się stroić w żakiety, kołnierzyki i szpilki? Z drugiej jednak strony mówią, że to się dla siebie robi. Może i coś w tym jest, może jakbym patrzyła na siebie taką jakąś lepiej ubraną, to by się milej patrzyło, samoocena by podskoczyła czy coś. Ale też i umówmy się, nigdy się nie stroiłam po domu. Zawsze po pracy z wielką radością zrzucałam te mundurki i wskakiwałam w dres. A szkoda też zafajdać ulubione bluzki tą marchewką, co to z dziecięcia wypadła. No dobra, mówią, to się do tego Pepco wystrój chociaż, na miasto w końcu idziesz. Ale tak szczerze, to bym się czuła jak debil idąc z wózkiem, w pełnym makijażu, żakiecie i kołnierzyku. No i tak chodzę w jeansach, swetrach i z kitkiem na czubku głowy, bo jeśli tylko włosy rozpuszczę, to pół wypadnie sama, a pół wyrwie mi Hanka. O przydatności staników z koronką już nawet nie będę się rozwodzić. No i jeszcze ambicja. Ohohoho, ambicji we mnie sporo. Dziś np. Hanka zjadła kaszkę z jabłkiem na śniadanie i marchewkę na obiad. I to był mili państwo sukces. Challenge completed. Goal achieved. Już układam nowy development plan: jutro brokuł! Co za emocje.

Ale do czego ja zmierzam? Ano zmierzam do tego, że łatwo wpaść w te wszystkie pułapki. Nie używać mózgu, nie czytać, nie zakładać fajnych ciuchów, kupować ciuchy tylko dla dziecka, gadać o kupkach i zupkach, a na fejsie obczajać hity z gazetek. Ciężko jest tak w tym pływać, żeby trzymać głowę jakoś nad powierzchnią i nadal móc odetchnąć prawdziwą sobą. To macierzyństwo jest dobre, jest piękne. Cudownie jest patrzeć, jak dziecko rośnie, jak się rozwija, jakie jest śliczne w tych nowych spodenkach z Pepco, jak się śmieje i gada, ale warto też gdzieś wykrzesać kawałek siebie dla siebie. I kiedy uda się tę małą istotę sprzedać na chwilę dziadkom czy tatusiowi, to zrobić sobie prawdziwą, parzoną kawę, dodać spienione mleko (wyjąwszy uprzednio baterie z laktatora i włożywszy je do spieniacza), otworzyć na chwilę książkę czy zrobić cokolwiek, żeby znowu poczuć się… człowiekiem, kobietą. Nie tylko matką.

A pisze o tym dlatego, że ja na chwilę utknęłam. I ciężko jest się wygrzebać, przestawić, zadziałać. Najłatwiej jest usiąść i marudzić. Bo jesień. Bo deszcz. Bo fuj. Bo apocotokomu. I oczywiście znam swoje priorytety w życiu, a picie latte, jedzenie sushi czy ładne ciuchy nie są wyznacznikiem mojego szczęścia. Są za to miłym dodatkiem do rzeczywistości.
Nie ukrywam, że sklecenie kilku zdań tutaj jakoś mi pomogło. Więc mały krok jest. Jutro może się nawet uczeszę "na miasto".
Buziaki!


Zdjęcie pt. "Matka Polka Tarasowa Zamyślona"


środa, 26 lipca 2017

pitu pitu na grząskim gruncie

Nie lubię blogów parentingowych. Nie lubię wszystkowiedzących cioć DobraRada. Nie lubię internetowych terrorystek laktacyjno-szczepionkowo-wychowaczo-glutenowych. Nie lubię matek na forach. Bo matki w internetach są gorsze niż zwolennicy PiS vs. zwolennicy PO. A niby po jednej stronie, niby dla dobra dzieci, niby dla dobra ojczyzny. Ale hejt się ściele gęsto. A jaki słodko opakowany, naszpikowany kropkami nienawiści, pełen zdań typu "cośtam jest złe, zabija, powoduje raka, choroby, kwaśne deszcze i dziurę ozonową, ale spoko. To Twoje dziecko. Ty decydujesz. Nie nie, ja się nie wtrącam."
I staram się nie czytać, nie przejmować, nie brać do serca. Ale czasem coś sobie kliknę, a w wtedy kochany fejsbuczek zaciera rączki i co i rusz podrzuca mi różne linki. Ach te tytuły! "Dała dziecku orzeszka... Nie uwierzysz, co stało się potem!" albo "Codziennie zabijasz tym swoje dziecko, a nawet o tym nie wiesz!". Wow. Robi wrażenie. Ja wiem, że to ponoć taka strategia, chwyt jakiś, co to nawet nazwę swoją ma (tak mi mówił mój M.)... ja wiem. Ale wkurza i tak.

Do czego zmierzam? Zmierzam do tego, że gdyby moja pisanina niebezpiecznie zbliżyła się do tych rejonów - niech ktoś zhakuje mi bloga. Plis. Bo nie od dziś już wiadomo, że ani ja tu o wnętrzach, ani o lajfstajlu, ani o gotowaniu... w sumie czort wie o czym ja tu. Ot, takie przeciętne pitu pitu, najczęściej ostatnio w okolicach Hanki. Czyli grunt jakby grząski.

No bo ta Hanka, to jednak zajmuje człowiekowi i czas i głowę i miejsce w chacie. No nie ma zmiłuj, rozprzestrzenia się ten jej dobytek po mieszkaniu. Tu żyrafa, tam słonik, butelka, kocyk, mata, wanienka... i anektuje sobie. Powolutku, metodycznie chapie ostatnie wolne metry, z tych niecałych 42, co to my je mamy. 

W ogóle taka dzidzia, to jest trochę  jak mały najeźdźca. Najpierw w tej ciąży tyle czasu. Witamin nie uświadczysz, bo dzidzia sobie zjada. O żelazie zapomnij. Figurę pożegnaj, rozstępy powitaj i sikaj co 5 minut, bo dzidzia sobie nóżkę prostuje. Aaaa i z rozumem się też pożegnaj, bo przecież stoisz i patrzysz na durszlak i zapominasz, że durszlak nazywa się durszlak. I pół dnia chodzisz i myślisz, że nie cedzak, nie sitko, nie obciekacz... 

A potem się ta dzidzia rodzi i zaczynają się pielgrzymki adorujące. I nikt już nie pyta co u Ciebie, tylko co u dzidzi. A co śmielsi, to nawet mówią wprost "My do Hanki, Ty se rób co chcesz. W sumie możesz wyjść." I żyj z tym teraz. Ale dobra, żeby się jeszcze na tym kończyło. Dzidzia się rodzi, pyk pyk figura wraca, żelazo wraca, witaminy wracają, rozstępy wychodzą, odzyskujesz mózg. Pielgrzymki adorujące przebolejesz. Ale nieeeee..... niehehehehe. To dopiero początek. Dopiero teraz się zacznie. Na przykład teraz jest ten czas, kiedy empirycznie doświadczasz grawitacji. Tak tak, grawitacji. Okazuje się, że strach chodzić w rozpuszczonych włosach, bo grawitacja po ciąży działa tak, że włosy są przyciągane przez podłogę. Bardzo. Oby do września zostały ze trzy chociaż, bo chciałam warkocza na ślub upleść..
No, ale co jeszcze? Jeszcze ten mózg. Jaki mózg? Ano ten, co to go nie ma. Bo on nie wrócił... i mimo że już wiem, że durszlak to durszlak, to jednak dalej coś jest nie tak. Jednak rozmowy typu "a guuuuu", "MA-MA" czy zabawa w "zjem Cię, zjem Cię, zjem Cię" nie sprzyjają zachowaniu psychicznej równowagi. Podobnie jak piosenki "w górę serca, bo Hanka fajna jest, Hanka fajna jest, Hana fajna jest" oraz wiersze o tym, że "moja żaba jest najżabsza z wszystkich żab, mama żaby zaraz będzie jadła schab".... tak wiem. To moja rzeczywistość. 

Ale kocham tę żabę najżabszą z wszystkich żab i tę rzeczywistość naszą. Kocham kiedy mówi przypadkowo "śledź", "jajko", "Paweł" (jaki Paweł???). Kocham kiedy robi ze śliny bąbelki i się z tego zaśmiewa,  a kiedy bawimy się w "zjem Cię, zjem Cię, zjem Cię" to zamyka oczy i robi "ha!". Czy zamieniałabym mózg na tę dzidzię? No jasne. Czy dałabym sobie zrobić więcej rozstępów? A róbcie! Oddam jej całe żelazo i wszystkie witaminy. Niech tylko dalej będzie najcudowniejsza. Najmojsza.

Tylko żeby te włosy wszystkie nie wypadły...




niedziela, 2 lipca 2017

96 bezdzidziogodzin

Jest 2:00 w nocy. Właśnie dostałam z kolanka w brzuch. W oku mam palec. Otwieram drugie oko i widzę jak M. śpi zwinięty w rogalik, gdzieś daleko, na skrajnych 12 centymetrach naszego narzeczeńskiego łoża 160x200 (z Ikei, żeby nie było). Nawet go nie dosięgnę. Staram się wydobyć resztkę swoich, żywych jeszcze, włosów z małej, zaciśniętej piąstki. Co ta Dzidzia tu robi? Przecież "my nie będziemy spać z dzieckiem", przecież "nasze łóżko pozostanie tylko naszym łóżkiem" i "nie pozwolimy, żeby Dzidzia spała pomiędzy nami".

Mmmmhm. Sratatata.

Rzeczona mała Dzidzia, jak nic i nikt nigdy wcześniej, nauczyła mnie, że cokolwiek sobie przed jej narodzinami postanowiłam, to i tak o kant tyłka potłuc, bo życie z nią weryfikuje wszystko. I gdybym teraz posłuchała swoich ciążowych mądrości, to sama bym się wyrzuciła z grona znajomych na fejsie. Mądrala roku 2016. Ekspert do spraw wychowania nienarodzonych jeszcze dzieci. Pedagog, psycholog i neonatolog w jednym. Fachowiec, znawca, teoretyk.

A teraz kto? A teraz matka vel. miękka fryta. Dzień dobry. Komuś radę?

W listopadzie, głaszcząc swój niewielki jeszcze brzuszek z Hanką w środku, mówiłam do mojego M. "no pewnie, że wyjedźmy w czerwcu w Dolomity. Mała będzie miała już prawie 4 miesiące, zostanie z babcią. To tylko 4 dni, więc co to za problem. Pff, weź no, przecież nie będę uwiązana do dziecka. Ja nie wytrzymam?".

Ojć...

Bo nagle wizja zostawienia Hanki na 4 dni, czyli 96 godzin (sam fakt, że to w ogóle policzyłam, świadczy o moim psychicznym stanie) mnie przerosła. Przecież ona taka malunia, przecież jestem jej mamusią, ona moją córusią, ona mnie potrzebuje, ja potrzebuję jej, a Dolomity są do bani i wcale nie muszę tam jechać, skoro mogę jak człowiek iść na spacer do Pepco. 

Oczyma wyobraźni widziałam tysiące czarnych scenariuszy. Taki na przykład: SOR w Otwockim szpitalu, zdarta zielona lamperia, jarzeniówka mruga. Płacząca Hanka z płaczącą babcią, krew się leje (nie wiem skąd, ale w tej wizji się leje), a lekarz grzmi: "GDZIE JEST MATKA TEGO DZIECKA?!". A matka tego dziecka, cała uchichrana, chleje sobie właśnie włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. Bo dalej się nie dało. 

Dlatego postanowiłam. Nie jadę. Ale z drugiej strony, to są kurcze Dolomity... i bilet na samolot już mam i M. mnie będzie potrzebował... Jadę. Tak, będę silna i pojadę. Ojej, ojej, Dzidzia płacze, już za mną tęskni. Nie jadę. Chociaż to tylko 96 godzin... przecież ten koleś, co mu ręka w skale utkła i musiał wytrzymać 127 godzin miał gorzej... Nie będę mięczak i pojadę. Albo nie.

x100

I teraz, z perspektywy to śmichy-chichy, ale to naprawdę nie była łatwa decyzja. I tylko spokój i opanowanie mojej najlepszej na świecie teściowej sprawiło, że cała we łzach, z plecakiem, ale jednak poszłam na ten cholerny pociąg, co mnie zawiózł na ten cholerny autobus, co mnie zawiózł na ten cholerny samolot.

I poleciałam. I chlałam tego włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. A dziecko wcale nie było zalane krwią na SORze w Otwocku, tylko uśmiechnięte gadało i pluło na swoją ukochaną babcię. 


piątek, 26 maja 2017

Mój pierwszy taki dzień

Kiedy dwa lata temu, w Dzień Mamy, pisałam posta o swojej Mamie (KLIK), nawet by mi przez myśl nie przeszło, że dziś i ja znajdę się "po drugiej stronie barykady". I oto jestem. Co prawda nawet mi nie minął jeszcze trzymiesięczny okres próbny, ale nową rolę już sobie spokojnie mogę wpisać do CV.

Bo w ogóle to było tak, że kiedy byłam dzieckiem, to najbardziej na świecie kochałam swoją mamę. Potem doszedł tata, babcia, dziadek i inne ważne persony. Potem kochałam Szymona z drugiej grupy w przedszkolu, któremu to ja dałam pierścionek z gumy do żucia i piłeczkę kauczukową. Potem kochałam Grześka z szóstej A, który mi opluł pamiętnik, bynajmniej nie przypadkowo. Potem kochałam całe Backstreet Boys, potem Johna Bon Jovi i jeszcze Britney Spears. Dalej przyszły pierwsze związki, aż na końcu pojawił się ON, moja wielka miłość, mój M. I znalazłam się na takim etapie życia, kiedy pomyślałam sobie, że o miłości, to ja wiem już wszystko. Pffff.

Hanna Dorota, ta mała, ciepła kluska zweryfikowała mi wszystko, co kiedykolwiek myślałam, co myślałam, że będę myśleć i co myślałam, że będę czuć. I kiedy dawniej tak sobie czytałam te różne górnolotne stwierdzenia matek, że "miłość matki do dziecka to cośtam cośtam" -  to nie wierzyłam. A teraz już wierzę. I wierzę też w to, że "jeden uśmiech Twojego dziecka to cośtam cośtam". I miękka faja jestem, bo ryczę na reklamach z małymi dziećmi, bo ryczę oglądając zdjęcia w internetach, bo ryczę dziś szczególnie, bo to mój pierwszy Dzień Matki, bo się go nie spodziewałam, bo pachną konwalie, bo jest maj i bo Hanka ryczała, bo ją bolał brzuszek. 

I czasem jestem kijową matką, bo zakładam jej do zdjęć opaski, których nienawidzi, bo fałszuję jej prosto do ucha, bo kiedy M. napluł jej szynką do oka, to się pękałam ze śmiechu zamiast szybko to wyjąć (swoją drogą, niech on się wytłumaczy z tego w Dzień Ojca), bo pozwoliłam, żeby zjadła mojego włosa i wiele wiele innych wtop mam na koncie (a to dopiero niecałe 3 miesiące!). W każdym razie mam nadzieję, że zanim pokocha jakiegoś Wojtka z przedszkola czy innego Michała z klasy, to będzie taki czas, że to mnie będzie kochać najbardziej na świecie. A póki co, wystarczą mi te wszystkie uśmiechy, dźwięki, ciepłe ciałko na ramieniu. Cała ona. Hanka moja. Moja córka.


 A wszystkim mamom najlepsze życzenia w tym dniu :*

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Co się zmieniło i dlaczego boimy się oka

Jakiś czas temu, na pytanie znajomego "ej Stary, co się zmieniło w Twoim życiu odkąd masz dziecko?" mój M. odpowiedział "yyyy... nic." Wyborne milordzie. Wyborne.

Bo z mojej akurat perspektywy, to zmieniło się niemal wszystko. Począwszy od tego, że chodzimy używać blendera do łazienki, poprzez ustawienie, skład osobowy i przeznaczenie łóżka, aż po jakże osławioną, ilość snu przypadającą na członka rodziny. 
 
Odkąd mamy Hankę, żyjemy jak mieszkańcy tolkienowskiego Śródziemia - w strachu przed okiem. Wielkim, otwartym okiem. Najbardziej mrożący krew w żyłach dialog jaki może mieć miejsce w naszym domu brzmi: 
- Jest oko?
- ... tak.
Oko znaczy koniec. Koniec spania, koniec ciepłej kawy, koniec kąpieli, koniec kolacji, koniec wszystkiego. Wielkie, otwarte oko spoglądające z łóżeczka. Zwiastun zagłady.

Kiedy M. pójdzie do pracy, a łaskawe oko na chwilę się zamknie, to ja z tego szczęścia wariuję. Miotam się jak poparzona po mieszkaniu nie wiedząc, czy wkraczać na najwyższy level luksusu i umyć zęby, przywracać sobie człowieczeństwo przed lustrem, jeść śniadanie, że o ogarnięciu chaty nie wspomnę, bo chata już od dawna jest nieogarnialna. W rezultacie wkładam sobie do buzi szczoteczkę z pastą, w ręku trzymam szczotkę do włosów, drugą robię kawę, jednocześnie przekopując nogą pampersy z pokoju do kuchni.
 
Zmieniło się nasze życie we dwoje.  Odbywamy klasyczne rodzicielskie rozmowy:
- Kupa była?
- Była.
- O, to super. A jaki kolor? 
Tak. Kiedyś rozmawialiśmy o kolorze mojej bielizny na wieczór, albo o kolorze wina, a teraz rozmawiamy o kolorze hankowej kupy.  

Ciepłe posiłki jemy zgodnie z grafikiem, czyli jeśli on jadł ciepły wczoraj, a ja patrzyłam, to ja jem ciepły dzisiaj, a on patrzy.

Albo serial. Chodź sobie obejrzymy serial, bo Dziubek przecież śpi. No dobra, to oglądajmy. Podłączamy więc kable, wykopujemy z kanapy wgniecione w nią piloty, coś nam spadnie, coś brzdęknie, głośnik ryknie, ktoś brzydko zaklnie (jeszcze możemy, bo Hanka i tak mówi tylko "le"). Dziubek dalej twardo śpi. Jest dla nas nadzieja. No to dalej, obkładamy się jedzeniem, robimy herbatkę, naciągamy kocyki, wciskamy play i co? I "le". Czyli dupa, dzień dobry Dziubku, już nie śpisz? To super... A potem czytam u słodkich ludzi na Insta "20:00 synuś już śpi, więc oglądamy z mężusiem filmy". I zastanawiam się wówczas: co z tą córką naszą?!

Zmieniło się i nasze wnętrze, po którym walają się hankowe graty, a utrzymanie porządku graniczy z cudem. Najważniejsze jest, żeby wszystko mieć pod ręką, a to rodzi pierdzielnik. I mimo, że się zarzekałam, że gdzie tam, że w naszym skandynawskim mieszkaniu nie będą rządzić dziecięce pierdoły... to już wiem, że sorka, ale się nie da. 



I kiedy tak o 3:00 nad ranem, z Hanką na rękach, przemierzam już siódmy kilometr mieszkania po przekątnej, w rytmie skocznej samby (bo rumba jest dla słabych), do słów mojej autorskiej piosenki "jest mamusia, ma cycusia" albo "zamknij oczka boś nie foczka" to tak, miewam dość i mam poczucie tych wszystkich zmian, które nastąpiły. Ale potem, kiedy kładę tego małego Paszczaka na przewijaku, a ona posyła mi te swoje bezzębne uśmiechy, to wymiękam. Kiedy widzę jak patrzy na mnie i coś jej świta w głowie, że ten fejs, co się nad nią pochyla, to chyba jakiś ważny, znajomy jakby. Albo kiedy zacieszając gada te swoje "le" do poduszki w liście, kiedy robi dziubek lub minę smutnej żaby... to przecież kocham ją nad życie i wiem, że te zmiany, to najlepsze zmiany, jakie mogły nas w życiu spotkać.