środa, 26 lipca 2017

pitu pitu na grząskim gruncie

Nie lubię blogów parentingowych. Nie lubię wszystkowiedzących cioć DobraRada. Nie lubię internetowych terrorystek laktacyjno-szczepionkowo-wychowaczo-glutenowych. Nie lubię matek na forach. Bo matki w internetach są gorsze niż zwolennicy PiS vs. zwolennicy PO. A niby po jednej stronie, niby dla dobra dzieci, niby dla dobra ojczyzny. Ale hejt się ściele gęsto. A jaki słodko opakowany, naszpikowany kropkami nienawiści, pełen zdań typu "cośtam jest złe, zabija, powoduje raka, choroby, kwaśne deszcze i dziurę ozonową, ale spoko. To Twoje dziecko. Ty decydujesz. Nie nie, ja się nie wtrącam."
I staram się nie czytać, nie przejmować, nie brać do serca. Ale czasem coś sobie kliknę, a w wtedy kochany fejsbuczek zaciera rączki i co i rusz podrzuca mi różne linki. Ach te tytuły! "Dała dziecku orzeszka... Nie uwierzysz, co stało się potem!" albo "Codziennie zabijasz tym swoje dziecko, a nawet o tym nie wiesz!". Wow. Robi wrażenie. Ja wiem, że to ponoć taka strategia, chwyt jakiś, co to nawet nazwę swoją ma (tak mi mówił mój M.)... ja wiem. Ale wkurza i tak.

Do czego zmierzam? Zmierzam do tego, że gdyby moja pisanina niebezpiecznie zbliżyła się do tych rejonów - niech ktoś zhakuje mi bloga. Plis. Bo nie od dziś już wiadomo, że ani ja tu o wnętrzach, ani o lajfstajlu, ani o gotowaniu... w sumie czort wie o czym ja tu. Ot, takie przeciętne pitu pitu, najczęściej ostatnio w okolicach Hanki. Czyli grunt jakby grząski.

No bo ta Hanka, to jednak zajmuje człowiekowi i czas i głowę i miejsce w chacie. No nie ma zmiłuj, rozprzestrzenia się ten jej dobytek po mieszkaniu. Tu żyrafa, tam słonik, butelka, kocyk, mata, wanienka... i anektuje sobie. Powolutku, metodycznie chapie ostatnie wolne metry, z tych niecałych 42, co to my je mamy. 

W ogóle taka dzidzia, to jest trochę  jak mały najeźdźca. Najpierw w tej ciąży tyle czasu. Witamin nie uświadczysz, bo dzidzia sobie zjada. O żelazie zapomnij. Figurę pożegnaj, rozstępy powitaj i sikaj co 5 minut, bo dzidzia sobie nóżkę prostuje. Aaaa i z rozumem się też pożegnaj, bo przecież stoisz i patrzysz na durszlak i zapominasz, że durszlak nazywa się durszlak. I pół dnia chodzisz i myślisz, że nie cedzak, nie sitko, nie obciekacz... 

A potem się ta dzidzia rodzi i zaczynają się pielgrzymki adorujące. I nikt już nie pyta co u Ciebie, tylko co u dzidzi. A co śmielsi, to nawet mówią wprost "My do Hanki, Ty se rób co chcesz. W sumie możesz wyjść." I żyj z tym teraz. Ale dobra, żeby się jeszcze na tym kończyło. Dzidzia się rodzi, pyk pyk figura wraca, żelazo wraca, witaminy wracają, rozstępy wychodzą, odzyskujesz mózg. Pielgrzymki adorujące przebolejesz. Ale nieeeee..... niehehehehe. To dopiero początek. Dopiero teraz się zacznie. Na przykład teraz jest ten czas, kiedy empirycznie doświadczasz grawitacji. Tak tak, grawitacji. Okazuje się, że strach chodzić w rozpuszczonych włosach, bo grawitacja po ciąży działa tak, że włosy są przyciągane przez podłogę. Bardzo. Oby do września zostały ze trzy chociaż, bo chciałam warkocza na ślub upleść..
No, ale co jeszcze? Jeszcze ten mózg. Jaki mózg? Ano ten, co to go nie ma. Bo on nie wrócił... i mimo że już wiem, że durszlak to durszlak, to jednak dalej coś jest nie tak. Jednak rozmowy typu "a guuuuu", "MA-MA" czy zabawa w "zjem Cię, zjem Cię, zjem Cię" nie sprzyjają zachowaniu psychicznej równowagi. Podobnie jak piosenki "w górę serca, bo Hanka fajna jest, Hanka fajna jest, Hana fajna jest" oraz wiersze o tym, że "moja żaba jest najżabsza z wszystkich żab, mama żaby zaraz będzie jadła schab".... tak wiem. To moja rzeczywistość. 

Ale kocham tę żabę najżabszą z wszystkich żab i tę rzeczywistość naszą. Kocham kiedy mówi przypadkowo "śledź", "jajko", "Paweł" (jaki Paweł???). Kocham kiedy robi ze śliny bąbelki i się z tego zaśmiewa,  a kiedy bawimy się w "zjem Cię, zjem Cię, zjem Cię" to zamyka oczy i robi "ha!". Czy zamieniałabym mózg na tę dzidzię? No jasne. Czy dałabym sobie zrobić więcej rozstępów? A róbcie! Oddam jej całe żelazo i wszystkie witaminy. Niech tylko dalej będzie najcudowniejsza. Najmojsza.

Tylko żeby te włosy wszystkie nie wypadły...




niedziela, 2 lipca 2017

96 bezdzidziogodzin

Jest 2:00 w nocy. Właśnie dostałam z kolanka w brzuch. W oku mam palec. Otwieram drugie oko i widzę jak M. śpi zwinięty w rogalik, gdzieś daleko, na skrajnych 12 centymetrach naszego narzeczeńskiego łoża 160x200 (z Ikei, żeby nie było). Nawet go nie dosięgnę. Staram się wydobyć resztkę swoich, żywych jeszcze, włosów z małej, zaciśniętej piąstki. Co ta Dzidzia tu robi? Przecież "my nie będziemy spać z dzieckiem", przecież "nasze łóżko pozostanie tylko naszym łóżkiem" i "nie pozwolimy, żeby Dzidzia spała pomiędzy nami".

Mmmmhm. Sratatata.

Rzeczona mała Dzidzia, jak nic i nikt nigdy wcześniej, nauczyła mnie, że cokolwiek sobie przed jej narodzinami postanowiłam, to i tak o kant tyłka potłuc, bo życie z nią weryfikuje wszystko. I gdybym teraz posłuchała swoich ciążowych mądrości, to sama bym się wyrzuciła z grona znajomych na fejsie. Mądrala roku 2016. Ekspert do spraw wychowania nienarodzonych jeszcze dzieci. Pedagog, psycholog i neonatolog w jednym. Fachowiec, znawca, teoretyk.

A teraz kto? A teraz matka vel. miękka fryta. Dzień dobry. Komuś radę?

W listopadzie, głaszcząc swój niewielki jeszcze brzuszek z Hanką w środku, mówiłam do mojego M. "no pewnie, że wyjedźmy w czerwcu w Dolomity. Mała będzie miała już prawie 4 miesiące, zostanie z babcią. To tylko 4 dni, więc co to za problem. Pff, weź no, przecież nie będę uwiązana do dziecka. Ja nie wytrzymam?".

Ojć...

Bo nagle wizja zostawienia Hanki na 4 dni, czyli 96 godzin (sam fakt, że to w ogóle policzyłam, świadczy o moim psychicznym stanie) mnie przerosła. Przecież ona taka malunia, przecież jestem jej mamusią, ona moją córusią, ona mnie potrzebuje, ja potrzebuję jej, a Dolomity są do bani i wcale nie muszę tam jechać, skoro mogę jak człowiek iść na spacer do Pepco. 

Oczyma wyobraźni widziałam tysiące czarnych scenariuszy. Taki na przykład: SOR w Otwockim szpitalu, zdarta zielona lamperia, jarzeniówka mruga. Płacząca Hanka z płaczącą babcią, krew się leje (nie wiem skąd, ale w tej wizji się leje), a lekarz grzmi: "GDZIE JEST MATKA TEGO DZIECKA?!". A matka tego dziecka, cała uchichrana, chleje sobie właśnie włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. Bo dalej się nie dało. 

Dlatego postanowiłam. Nie jadę. Ale z drugiej strony, to są kurcze Dolomity... i bilet na samolot już mam i M. mnie będzie potrzebował... Jadę. Tak, będę silna i pojadę. Ojej, ojej, Dzidzia płacze, już za mną tęskni. Nie jadę. Chociaż to tylko 96 godzin... przecież ten koleś, co mu ręka w skale utkła i musiał wytrzymać 127 godzin miał gorzej... Nie będę mięczak i pojadę. Albo nie.

x100

I teraz, z perspektywy to śmichy-chichy, ale to naprawdę nie była łatwa decyzja. I tylko spokój i opanowanie mojej najlepszej na świecie teściowej sprawiło, że cała we łzach, z plecakiem, ale jednak poszłam na ten cholerny pociąg, co mnie zawiózł na ten cholerny autobus, co mnie zawiózł na ten cholerny samolot.

I poleciałam. I chlałam tego włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. A dziecko wcale nie było zalane krwią na SORze w Otwocku, tylko uśmiechnięte gadało i pluło na swoją ukochaną babcię. 


piątek, 26 maja 2017

Mój pierwszy taki dzień

Kiedy dwa lata temu, w Dzień Mamy, pisałam posta o swojej Mamie (KLIK), nawet by mi przez myśl nie przeszło, że dziś i ja znajdę się "po drugiej stronie barykady". I oto jestem. Co prawda nawet mi nie minął jeszcze trzymiesięczny okres próbny, ale nową rolę już sobie spokojnie mogę wpisać do CV.

Bo w ogóle to było tak, że kiedy byłam dzieckiem, to najbardziej na świecie kochałam swoją mamę. Potem doszedł tata, babcia, dziadek i inne ważne persony. Potem kochałam Szymona z drugiej grupy w przedszkolu, któremu to ja dałam pierścionek z gumy do żucia i piłeczkę kauczukową. Potem kochałam Grześka z szóstej A, który mi opluł pamiętnik, bynajmniej nie przypadkowo. Potem kochałam całe Backstreet Boys, potem Johna Bon Jovi i jeszcze Britney Spears. Dalej przyszły pierwsze związki, aż na końcu pojawił się ON, moja wielka miłość, mój M. I znalazłam się na takim etapie życia, kiedy pomyślałam sobie, że o miłości, to ja wiem już wszystko. Pffff.

Hanna Dorota, ta mała, ciepła kluska zweryfikowała mi wszystko, co kiedykolwiek myślałam, co myślałam, że będę myśleć i co myślałam, że będę czuć. I kiedy dawniej tak sobie czytałam te różne górnolotne stwierdzenia matek, że "miłość matki do dziecka to cośtam cośtam" -  to nie wierzyłam. A teraz już wierzę. I wierzę też w to, że "jeden uśmiech Twojego dziecka to cośtam cośtam". I miękka faja jestem, bo ryczę na reklamach z małymi dziećmi, bo ryczę oglądając zdjęcia w internetach, bo ryczę dziś szczególnie, bo to mój pierwszy Dzień Matki, bo się go nie spodziewałam, bo pachną konwalie, bo jest maj i bo Hanka ryczała, bo ją bolał brzuszek. 

I czasem jestem kijową matką, bo zakładam jej do zdjęć opaski, których nienawidzi, bo fałszuję jej prosto do ucha, bo kiedy M. napluł jej szynką do oka, to się pękałam ze śmiechu zamiast szybko to wyjąć (swoją drogą, niech on się wytłumaczy z tego w Dzień Ojca), bo pozwoliłam, żeby zjadła mojego włosa i wiele wiele innych wtop mam na koncie (a to dopiero niecałe 3 miesiące!). W każdym razie mam nadzieję, że zanim pokocha jakiegoś Wojtka z przedszkola czy innego Michała z klasy, to będzie taki czas, że to mnie będzie kochać najbardziej na świecie. A póki co, wystarczą mi te wszystkie uśmiechy, dźwięki, ciepłe ciałko na ramieniu. Cała ona. Hanka moja. Moja córka.


 A wszystkim mamom najlepsze życzenia w tym dniu :*

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Co się zmieniło i dlaczego boimy się oka

Jakiś czas temu, na pytanie znajomego "ej Stary, co się zmieniło w Twoim życiu odkąd masz dziecko?" mój M. odpowiedział "yyyy... nic." Wyborne milordzie. Wyborne.

Bo z mojej akurat perspektywy, to zmieniło się niemal wszystko. Począwszy od tego, że chodzimy używać blendera do łazienki, poprzez ustawienie, skład osobowy i przeznaczenie łóżka, aż po jakże osławioną, ilość snu przypadającą na członka rodziny. 
 
Odkąd mamy Hankę, żyjemy jak mieszkańcy tolkienowskiego Śródziemia - w strachu przed okiem. Wielkim, otwartym okiem. Najbardziej mrożący krew w żyłach dialog jaki może mieć miejsce w naszym domu brzmi: 
- Jest oko?
- ... tak.
Oko znaczy koniec. Koniec spania, koniec ciepłej kawy, koniec kąpieli, koniec kolacji, koniec wszystkiego. Wielkie, otwarte oko spoglądające z łóżeczka. Zwiastun zagłady.

Kiedy M. pójdzie do pracy, a łaskawe oko na chwilę się zamknie, to ja z tego szczęścia wariuję. Miotam się jak poparzona po mieszkaniu nie wiedząc, czy wkraczać na najwyższy level luksusu i umyć zęby, przywracać sobie człowieczeństwo przed lustrem, jeść śniadanie, że o ogarnięciu chaty nie wspomnę, bo chata już od dawna jest nieogarnialna. W rezultacie wkładam sobie do buzi szczoteczkę z pastą, w ręku trzymam szczotkę do włosów, drugą robię kawę, jednocześnie przekopując nogą pampersy z pokoju do kuchni.
 
Zmieniło się nasze życie we dwoje.  Odbywamy klasyczne rodzicielskie rozmowy:
- Kupa była?
- Była.
- O, to super. A jaki kolor? 
Tak. Kiedyś rozmawialiśmy o kolorze mojej bielizny na wieczór, albo o kolorze wina, a teraz rozmawiamy o kolorze hankowej kupy.  

Ciepłe posiłki jemy zgodnie z grafikiem, czyli jeśli on jadł ciepły wczoraj, a ja patrzyłam, to ja jem ciepły dzisiaj, a on patrzy.

Albo serial. Chodź sobie obejrzymy serial, bo Dziubek przecież śpi. No dobra, to oglądajmy. Podłączamy więc kable, wykopujemy z kanapy wgniecione w nią piloty, coś nam spadnie, coś brzdęknie, głośnik ryknie, ktoś brzydko zaklnie (jeszcze możemy, bo Hanka i tak mówi tylko "le"). Dziubek dalej twardo śpi. Jest dla nas nadzieja. No to dalej, obkładamy się jedzeniem, robimy herbatkę, naciągamy kocyki, wciskamy play i co? I "le". Czyli dupa, dzień dobry Dziubku, już nie śpisz? To super... A potem czytam u słodkich ludzi na Insta "20:00 synuś już śpi, więc oglądamy z mężusiem filmy". I zastanawiam się wówczas: co z tą córką naszą?!

Zmieniło się i nasze wnętrze, po którym walają się hankowe graty, a utrzymanie porządku graniczy z cudem. Najważniejsze jest, żeby wszystko mieć pod ręką, a to rodzi pierdzielnik. I mimo, że się zarzekałam, że gdzie tam, że w naszym skandynawskim mieszkaniu nie będą rządzić dziecięce pierdoły... to już wiem, że sorka, ale się nie da. 



I kiedy tak o 3:00 nad ranem, z Hanką na rękach, przemierzam już siódmy kilometr mieszkania po przekątnej, w rytmie skocznej samby (bo rumba jest dla słabych), do słów mojej autorskiej piosenki "jest mamusia, ma cycusia" albo "zamknij oczka boś nie foczka" to tak, miewam dość i mam poczucie tych wszystkich zmian, które nastąpiły. Ale potem, kiedy kładę tego małego Paszczaka na przewijaku, a ona posyła mi te swoje bezzębne uśmiechy, to wymiękam. Kiedy widzę jak patrzy na mnie i coś jej świta w głowie, że ten fejs, co się nad nią pochyla, to chyba jakiś ważny, znajomy jakby. Albo kiedy zacieszając gada te swoje "le" do poduszki w liście, kiedy robi dziubek lub minę smutnej żaby... to przecież kocham ją nad życie i wiem, że te zmiany, to najlepsze zmiany, jakie mogły nas w życiu spotkać.




wtorek, 4 kwietnia 2017

Jak to jest spać w katalogu Ikea?

Szafa. Łóżko. Łóżeczko. Półka. Ramki. Żyrandol.
Kołdra. Poduszka. Prześcieradło. Zasłony. Organizery w szufladach.
Pierdoły. Dużo pierdół. 

Mogłabym napisać, że nie wiem jak to się stało, ale coś mi jednak świta... Może chodzi o hot-dogi za zeta, może o ciastka cynamonowe, a może jednak o coś innego? 



Kiedy mówisz komuś "jadę w sobotę do Ikea" to zazwyczaj nikt nie odpowiada "a weź się kurde, Ikea jest do bani". Wręcz przeciwnie, w oczach rozmówcy pojawia się wówczas pragnienie. Bo Ikea kreuje pragnienia i potrzeby. Wchodząc do Ikea po komodę nie wiesz jeszcze, że potrzebujesz kolorowych słomek, serwetek z konikiem na biegunach, strunowych torebek czy waniliowej świeczki. Ale już wiesz, że przecież bez nich nie wyjdziesz. I nie mogę tu powiedzieć, że pragnienie to dotyczy tylko i wyłącznie jednej, wiadomej płci, bo zdarzają się wyjątki, ale jednak dość rzadko. 

No bo jacy są faceci w Ikea? Ano jest kilka typów:

Pan Cichy Cierpiętnik - z miną młodego Wertera cierpliwie przemierza ikeowe alejki. Ziewając opiera się o wózek, w ciszy przewraca oczami. Widać, że gdyby mógł, to by zwiał i jeszcze sobie soczyście zaklął, ale woli cierpieć w milczeniu. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "..." No właśnie, nic nie odpowiada.

Pan Krypto Fan - on wcale nie chciał tu przyjeżdżać. To nie był jego pomysł. Nie, nie. To w ogóle nie jest w jego stylu, jakieś to takie niemęskie i nudne, ale kiedy nikt nie widzi... otwiera sobie szufladki w komodach, potajemnie ogląda garnki i potrafi się zgubić w dziale Dekoracje. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "Ja się nie znam, mi tam nie zależy, to babskie sprawy są... Weź zielone."

Pan Zaangażowany Dekorator - do sklepu wkracza uzbrojony w miarkę, zeszyt, ołówek i czołówkę. Mierzy, liczy dopytuje, biega dookoła wózka i wrzuca co popadnie. No i tylko on się zna. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "I to i to."

Pan Jęcząca Maruda - już na wejściu widać, że to skazaniec. Od drzwi chce mu się pić, chce mu się siku, chce mu się do domu, chce mu się hot-doga, keczup mu za słony. Kolejki są za duże, ludzie są beznadziejni i też za duzi, wózek mu krzywo jedzie, kasjerka to ślamazara i w ogóle nic tu nie ma. Mebli nie ma. Żadnych. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "Chce mi się siku, chce mi się pić ... itd"

Pan MamNaWszystkoWywalone (zwany też Panem Tragarzem lub Panem Whatever) - najczęściej ze smartfonem w ręku. Nie wpierdziela się w decyzje o wyborze koloru serwetek, bo mam wywalone. Poza tym nie odróżnia pomarańczowego od różowego, a śliwka to owoc. Wie, że on ma nosić i nic więcej się od niego nie wymaga. W sumie mogłoby go tam nie być, ale i tak whatever. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "Tak."

Pan Zastraszony - biedak. Ma przystawiony do pleców niewidzialny karabin. Obiadu nie dostanie, na piwo nie wyjdzie, z dzieckiem będzie musiał zostać czy do teściowej na imieniny iść. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj "Niebieskie. Bowiem doskonale podkreślą kolor Twych oczu Kochanie, idealnie wkomponują się w naszą kuchnię, spodobają się Twojej mamie. Poza tym niebieski jest uniwersalny, wycisza, a Ty lubisz Kochanie niebieski. Dobrze powiedziałem? Mogę już iść?"

Pan Janusz - "Grażyna! Bierz ołówków w kieszeń i wychodzim!"

Pan Normalny - gatunek bardzo rzadki, na wyginięciu wręcz. Wraz z przekroczeniem progu sklepu Pan Normalny pozostaje ... normalny. Pozbawiony cech powyższych typów. Na pytanie "Kochanie, wziąć niebieskie czy zielone?" odpowiada zazwyczaj... z sensem.  


A tak na serio, dlaczego Ikea? Bo jest prosto, tanio, uniwersalnie i lekko. Bo nam pasuje. Bo meblościanki i ciężkie, klockowate meble jakoś nie do końca są dla nas. Wiem, że to sieciówka, że żadne tam dizajnerskie wypasy. Gdybym miała takie możliwości, to jasne, że kupowałbym to, co bardziej oryginalne, niepowtarzalne, handmade i w ogóle, ale że nie mam, to śpimy w katalogu Ikea.

W katalogu Ikea fajnie jest spać.

czwartek, 23 lutego 2017

O kąciku małej Hanny na przestrzeni mocno ograniczonej

Bo to powinno być tak, że kiedy kobieta zachodzi w ciążę, to jej mieszkanie też zachodzi w ciążę. I potem kobieta rodzi dziecko, a jej mieszkanie rodzi dodatkowy pokój. I wtedy by było sprawiedliwie, wtedy by było humanitarnie i wtedy byłoby miejsce. A tak, miejsca nie ma, humanitarnie nie jest, a sprawiedliwości na tym świecie jak nie było, tak nie ma. 

Więc co się wówczas robi? Wówczas się upycha. W kartony. W wory. Upycha się po kątach, szafkach i szafeczkach. Odgraca się przestrzeń, tylko po to, żeby zagracić czymś większym i pojemniejszym. I okazuje się, że pod łóżkiem jest kupa miejsca. Że szafę od sufitu dzieli 25 cm przestrzeni, a to przecież też jest kupa miejsca. Że szafeczki po dwóch stronach łóżka to zbędny luksus skoro mają tylko jedną małą szufladkę i pal licho symetrię, pal licho lampkę nocną i cały dizajn też pal licho. Upychać trzeba. Miejsca szukać trzeba. Przestawiać i kombinować trzeba. Oczywiście tylko w przypadku, jeśli mieszkanie nie urodziło tego dodatkowego pokoju.

U nas, po licznych dyskusjach, szantażach emocjonalnych, wędrówkach z meblami po całym mieszkaniu, dziwnych zamianach meblowych oraz naprawdę porządnym upychaniu, udało się w końcu wypracować coś na kształt kompromisu, w którym Hanka wraz ze swoim sprzętem nie wywaliła nas z sypialni zupełnie. Zmieściło się łóżeczko, udało się nawet wcisnąć komodę na wszystkie niezbędne, acz mocno skompresowane hankograty, hankoakcesoria i hankociuszki.






Wszystkich tych, którzy właśnie wsiadają na koń i wyruszają na krucjatę przeciwko matce wariatce, która dziecko własne królikiem chce udusić, pragnę uspokoić, że to tylko pokazówka. Jedynym, słusznym lokatorem łóżeczka będzie Hanna, a banda gryzoni przeniesie się wówczas na półkę. Póki jednak Hanna nie spieszy się na świat ani trochę, a matka jej z dnia na dzień do zdrowszych psychicznie nie należy, to patrzenie na króliki w łóżeczku sprawia jej perwersyjną przyjemność. I już.




Przeczytałam cały Internet związany z urządzaniem dziecięcych kącików. Nie wiem, czy wszystko będzie przydatne, czy ustawienie jest praktyczne, co się sprawdzi, a co nie, ale najwyżej będziemy improwizować :) 

Na koniec apel do Hanny, córki naszej jedynej: HANKA WYCHODŹ JUŻ! BO CI SIĘ KRÓLIKI ZAKURZĄ!


niedziela, 12 lutego 2017

Impreza niespodzianka dla Sherlocka Holmesa. Czy to pyknie?

Znacie taki typ człowieka "wkurzający Sherlock"? Jeśli znacie, to współczuję, jeśli nie znacie, to uwierzcie mi, że Wasze życie jest łatwe. Tak, wkurzający Sherlock to właśnie ja. No cześć.

Kim jest ten typ? Ano przede wszystkim jest to typ drążący. Taki, co to za cholerę nie odpuści. Będzie skubaniec drążył, drążył, aż wydrąży. Będzie łapał za słówka, czepiał się szczegółów, zadawał miliony niewygodnych pytań w najmniej odpowiednich momentach. A potem, w swojej sherloczej głowie doda sobie 2+2. I wyjdzie mu 6, ale jaki będzie dumny! Jaki wkurzający! Jaki "ha! Wiedziałem!" 

A teraz sobie jeszcze dodatkowo wyobraźcie, że ten właśnie wkurzający Sherlock jest w ciąży. Wówczas do powyższego można dodać jeszcze ataki histerii, płaczu, fochy, sceny w domu i w miejscach publicznych. I mogłoby się wydawać, że na ten właśnie przypadek jest sposób. Trzeba mu szybko dać cukru. W dowolnej postaci. Widzisz już co się święci, więc biegniesz w te pędy po pączka, muffinkę, tiramisu, cokolwiek. Ale tylko przy odrobinie szczęścia się uspokoi, bo jeśli to nie jest akurat Twój szczęśliwy dzień, to wykryje podstępny plan utuczenia w celach bliżej nieokreślonych.

I teraz spróbujcie temu typowi zorganizować imprezę niespodziankę. Gwarantowane są zszargane nerwy, bonusowe siwe włosy, nocne koszmary senne, a na koniec konieczność odbycia terapii. I to czem prędzej.




I tak oto, w minioną sobotę kilku śmiałków dzielnie próbowało zrobić dla mnie i Hanki niespodziankę. Baby Shower. Bo nigdy nie miałam takiej niespodzianki. Ale już przynajmniej wiem, dlaczego ;) Tak strasznie się starali, tak strasznie chcieli utrzymać wszystko w tajemnicy... a ja im tak psułam. Byłam tak wkurzająca, że szczerze się dziwię, że mi tych dmuchanych literek nie wepchnęli do gardła, czy gdzie tam się jeszcze da. 

No, ale czasem natury nie oszukasz! Bo kiedy widzisz swojego mężczyznę, który liczy w szafce szklanki, kiedy koleżanka na dwa dni przed imprezą mówi na pożegnanie "no to może jeszcze kiedyś się zdzwonimy", kiedy siedzisz z przyjaciółką na kanapie i ona dostaje nagle wiadomość i niemal chowa telefon pod koc, żeby ją odczytać... wtedy wiesz przecież, że coś się dzieje. I wtedy właśnie zaczynają się niewygodne pytania. "A kto tam do Ciebie tak pisze?" "A co robimy w sobotę?" "A o czym rozmawiasz z moją siostrą?" Wkurzający Sherlock szuka sensacji. Najlepiej wyszli na tym ci, którzy w ogóle ze mną nie gadali ostatnimi czasy, chociaż muszę przyznać, że i oni byli podejrzani :P






Koniec końców, wyszło wszystko cudownie. Prześliczne dekoracje, super jedzenie, ale najważniejsze było cudowne towarzystwo. Bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję! Jesteście najlepsi :* I Hanka też to wie!

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem... ;)